Byłem księdzem.

img_1791-2W trakcie jednego z moich wyjazdów misyjnych zostałem ulokowany w jakimś domu. Widok z mojego okna zasłaniał ogromny platan. Było to wspaniałe drzewo o wielu grubych i rozłożystych konarach. Kiedy widziałem je z bliska wydawało mi się, że każda gałąź mogła być samodzielnym drzewem. Jednak dopiero kiedy popatrzyłem na to drzewo z oddali, zauważyłem nie tylko jego imponujące kształty. Dostrzegłem wtedy, że główny pień drzewa majestatycznie wznosi się ku górze, czyniąc z tej plątaniny gałęzi wspaniałą spójną całość.

Pomyślałem wtedy, że jest to niezwykły obraz złożoności życia każdego człowieka. Historia każdego z nas jest bogata. Czasami poplątana, z różnymi rozgałęzieniami ma jednak główny kierunek. Zmierza w górę, na spotkanie swego odwiecznego przeznaczenia.

Pisząc swoją historię z perspektywy blisko 35 lat widzę to wyraźnie. Spisanie całości, nawet pojedynczego życia człowieka, wydaje się niemożliwe. Groziłoby to zagubieniem się w detalach, czy na jakiś bocznych gałęziach życia. Dlatego w swojej historii, trzymając się porównania, skupię się na tym, co dostrzegam jako główny pień mojego życia.

Moje życie do matury wyglądało podobnie jak u wszystkich. Kultura socjalizmu uczyniła modnym powszechny uniformizm. Szare bloki i M-4, mały fiat, i meblościanka dla dorosłych, a dla młodzieży radiomagnetofon Grundig, adidasy i plastykowa reklamówka Marlboro zamiast teczki do szkoły. Każdy tak miał.

Było więc normalnie: szkoła, zabawa, koledzy, w niedzielę obowiązkowo odwiedziny kościoła. Kiedy byłem w 5 klasie technikum ten rutynowy bieg rzeczy zakłóciła niespodziewana śmierć mojego kolegi. Po tygodniu pobytu w szpitalu zmarł nie wiadomo do końca dlaczego. To wydarzenie wstrząsnęło mną do głębi. I wtedy po raz pierwszy do mojej głowy przypłynęły pytania o sens życia, o to co dalej mam w nim robić i jak żyć.

Wtedy to zrodziły się myśli o zostaniu księdzem, jako najbardziej sensownej formie poświęcenia się Bogu i ludziom. W tamtym czasie, w wieku 20 lat jeszcze nie miałem dziewczyny co tłumaczył fakt, że nie miałem zbyt wysokiego mniemania o sobie. Więc decyzja nie była zbyt trudna. Nie przypuszczałem jednak wtedy jakie konsekwencje życiowe ze sobą przyniesie.

W 1984 roku zaraz po maturze wstąpiłem do Seminarium Duchownego. Kiedy zamknąłem za sobą ogromne drzwi Seminarium, choć nadal miałem tylko 20 lat i zostałem studentem dopiero pierwszego roku sześcioletnich studiów, w oczach rodziny już byłem księdzem. Nie wiedziałem wtedy jak mocna jest ta stygmatyzacja, wspierana formacją seminaryjną i doktryną kościoła. To tam się dowiedziałem, że księdzem pozostanę na zawsze i nawet śmierć tego nie zmieni.

Wtedy odbierałem to jako wyróżnienie i dobrze się z tym czułem. Miło być wybranym z milionów i być częścią tej elity. Starałem się gorliwie i pobożnie prowadzić seminaryjne życie. Z czasem byłem nawet dumny z tego, że na moich kolanach pojawiły się odciski od długiego klęczenia podczas modlitwy.

Jednak w sercu wciąż nie miałem pewności czy kapłaństwo to był mój wybór, czy wola Boga i Jego powołanie. Właściwie przez pierwsze cztery lata studiów modliłem się do Boga o potwierdzenie mojego wyboru. Na czwartym roku odpowiedzi wciąż nie było, więc podjąłem decyzje o opuszczeniu seminarium. Wtedy zupełnie nieoczekiwanie przyszła odpowiedź! Wieczorem przeddzień spotkania z rektorem i złożenia rezygnacji, wychodząc z kaplicy usłyszałem wyraźną myśl, aby poszukać w Biblii: księgę Izajasza 41,8 – 9. Uczyniłem to w swoim pokoju i otrzymałem upragnioną odpowiedź: lecz ty Izraelu mój sługo, Jakubie, którego wybrałem(…) sługą moim jesteś, wybrałem cię, a nie wzgardziłem tobą” . W ten oto niezwykły sposób Bóg rozwiał moje wątpliwości . Ten werset umieściłem potem na swoich obrazkach rozdawanych podczas pierwszej mszy, jaką odprawiłem w rodzinnym mieście. Po święceniach kapłańskich, w roku 1990 zostałem skierowany do pracy w jednej z parafii Dolnego Śląska. We własnych oczach byłem dobrym, religijnym człowiekiem zapracowanym w służbie bożej. Jednak podczas blisko pięciu lat pracy nastąpił we mnie duchowy przełom, który całkowicie zmienił moje wcześniej zaplanowane i uporządkowane życie. W ciągu tego czasu dość szybko moje marzenia i idee z seminarium przerodziły się w rutynową pracę duchownego. Nawał różnych obowiązków i zajęć skutecznie uczynił ze mnie “zawodowego” duchownego. Nie byłem szczęśliwy, mimo że osiągnąłem to, co zamierzyłem. Rutyna, pozorna pobożność, kompromisy moralne prowadziły do duchowych porażek i podwójnego życia. Niewłaściwe relacje i słabość wobec pokus kończyły się grzechami. Czułem się rozdarty i coraz bardziej jak w matni. Przecież nie tego pragnąłem! Zawsze chciałem doświadczać i przeżywać bliskość Boga. Zresztą to pragnienie doświadczania Jego bliskości nie opuściło mnie do dzisiaj.

Boże światło zaczęło do mnie docierać w momencie, gdy zostałem wyznaczony na opiekuna parafialnej grupy Odnowy w Duchu Świętym. Widziałem tam Boga działającego w życiu ludzi. Ich świadectwa bardzo mnie dotykały. Zapragnąłem tego dla siebie. Byłem już zmęczony smutnym, pustym, grzesznym i rozbitym duchowym życiem. Byłem też sfrustrowany kościelnymi obrzędami, które nic nie zmieniały, ani niczego nie wnosiły do mojego życia.

Impulsem do szukania Bożego Życia było dwukrotne odejście grup młodych ludzi z parafii z powodu, jak mówili, wierności Słowu Bożemu. Nie mogłem zrozumieć dlaczego to zrobili i odeszli od “prawdziwego Kościoła” nie wiadomo gdzie… Początkowo aby mieć biblijne argumenty do dyskusji postanowiłem szukać w Piśmie św. dowodów swoich racji. Nieco później mając coraz większe światło prawdy i jednocześnie zamieszanie z tym związane, w desperacji powiedziałem Bogu: pokaż mi prawdę! Jeżeli pokażesz mi, że ustanowiłeś Kościół katolicki będę do końca kapłanem tego kościoła, ale jeśli pokażesz mi coś innego, to postąpię zgodnie z tym co mi ukażesz.

Przez blisko rok intensywnie szukałem światła. Czytałem Biblię, wertowałem książki katolickie i protestanckie szukając prawdy. Musiałem wiedzieć, czy moja służba była naprawdę zgodna z wolą Bożą. We wrześniu 1994 roku przeżyłem nagłe olśnienie. Pół godziny przed odprawieniem wieczornej mszy, czytałem w swoim pokoju list do Hebrajczyków. Wtedy przyszedł przełom i otwarcie oczu. Nie dowierzając kilka razy czytałem Hbr.10,12-14 : “lecz gdy On (Jezus) złożył raz na zawsze jedną ofiarę za grzechy, usiadł po prawicy Bożej, (…) albowiem jedną ofiarą uczynił na zawsze doskonałymi tych, którzy są uświęceni.” To było jak walnięcie młotem. Wtedy otworzyły mi się oczy na prawdę o doskonałej ofierze Chrystusa na krzyżu. Od tego momentu wiedziałem, że nie muszę już składać żadnych sakramentalnych ofiar i podważać tym samym dzieła Bożego. Poznana prawda prowadziła mnie w kierunku nowych decyzji – co dalej ?

Nadszedł czas trudnych decyzji. Z jednej strony brak perspektyw dla księdza, który opuszcza kościół. Może wystarczy sama świadomość, że zna się prawdę, ale niczego nie zmieniać? Zacząłem odprawiać msze unikając słów o ofierze, ale wtedy robiłem to wbrew kościołowi, który mnie wyświęcił do tego celu. Kiedy mówiłem te słowa niejednokrotnie czułem ogień w stopach, bo wiedziałem że robię to wbrew Słowu Bożemu.

Coraz wyraźniej jawił mi się realnym kompromis – będę żył niczego nie zmieniając ale za to z nową świadomością. Niczego nie stracę (praca, koledzy, kościół, rodzina) a zyskam spokój sumienia. Jednak w grudniu Duch Święty przemówił znów bardzo wyraźnie do mojego serca, pokazując mi, że jeśli nie zrobię radykalnych kroków w swoim życiu, to nadal jestem jedynie zgubionym, potępionym, grzesznym człowiekiem. Duch Święty tego wieczoru zadał mi tylko jedno pytanie: jeśli tej nocy umrzesz to gdzie się znajdziesz? Wiedziałem, że do nieba z moim bagażem nie wejdę, myśl o piekle wydawała się nierealna – przecież aż taki zły nie byłem no i jestem księdzem. To chyba coś znaczy? Nie wiem czemu pomyślałem o czyśćcu choć wtedy wiedziałem, że czegoś takiego po śmierci nie ma…

Wtedy usłyszałem bardzo wyraźnie myśl: jeśli ten nocy umrzesz to stracisz wieczność i skończysz w piekle. To mi wystarczyło! Pokutowałem i wyznałem wszystkie swoje grzechy Bogu. Oddałem serce Jezusowi jako swojemu osobistemu Zbawicielowi. Pokój jaki wszedł do mego serca był niesamowity, zresztą mam go sobie do dzisiaj…

Zapragnąłem wtedy iść całkowicie za Jezusem, ufając jedynie Słowu Bożemu, jako jedynej Księdze mojej wiary. To sprawiło, że nie mogąc w swoim sumieniu pogodzić nauk Pisma świętego z nauczaniem i praktykami Kościoła rzymsko-katolickiego. Zdecydowałem się opuścić jego struktury. Uczyniłem to na początku lutego 1995 roku.

Zamieszanie i trudności jakie wtedy przeszedłem to naprawdę gruba gałąź mojego życiowego drzewa. Jedną z nich była trudna, pożegnalna rozmowa z pomocniczym biskupem legnickim. Po wysłuchaniu zapytał mnie, czy przypadkiem nie choruję na schizofrenię i czy piszemy do papieża o zwolnienie z celibatu. Był psychologiem więc rozumiem człowieka. Odpowiedziałem krótko, że jestem przy zdrowych zmysłach i Jezus uwolnił mnie z bycia niewolnikiem ludzi, więc nie potrzebuję pieczątki papieża.

Inną ważną dla mnie kwestią był osoba Marii, matki Jezusa. Szybko zrodziły się we mnie pytania: a co Maryją? Czyż mam tak o niej zapomnieć? Czyż teraz mam się Jej wyprzeć? To budziło we mnie mieszane uczucia. Jednak Duch Święty zaczął mnie prowadzić przez Pismo święte i ukazywać prawdziwy obraz Marii matki Jezusa Chrystusa. To przyniosło prawdziwy pokój memu sercu. Przestały mnie dłużej nękać myśli, że jeśli teraz będę tylko czcił Jezusa, to Marii będzie „przykro” lub się na mnie „obrazi”… W Piśmie świętym odnalazłem prawdziwą Marię, tak bardzo różną od kultu maryjnego, któremu oddawałem cześć w Kościele.

Dzięki pomocy Bożej i życzliwych ludzi cały ten trudny czas zwycięsko przeszedłem. Tu niebagatelną rolę odegrał pastor miejscowości w której służyłem. Znałem go wcześniej ze szkoły, bo tam razem uczyliśmy a potem zapoznaliśmy się osobiście. Ta znajomość trwa do dzisiaj. Pastor Jacek miał duży wkład w moje nawrócenie poprzez dyskretną ewangelizację. Potem dzięki niemu nie stałem się bezdomnym. Dzięki jego pomocy i życzliwości pastora z Janowic załatwił mi miejsce schronienia w janowickim ośrodku Nowa Nadzieja, który znajdował się przy zborze. Tam stawiałem swoje pierwsze kroki w nowym życiu.

Później wszystko potoczyło się szybko. W kwietniu na kilka dni przed chrztem wodnym, przeżyłem chrzest Duchem Świętym. A potem miałem niesamowite przeżycie obecności i bliskości Boga. Jego słowa, które wtedy od Niego odebrałem przyniosły mojej duszy uzdrowienie i radość. Marzenie zaczęło się spełniać – osobiście doświadczałem obecności Boga!

Jedną z najważniejszych zmian obok nawrócenia do żywego Boga, była zmiana mojego stanu cywilnego. W końcu dotarło do mnie, że nie mam daru bezżenności a celibat, w którym trwałem, był bardziej narzuconym bezdyskusyjnie wymogiem kościoła, niż moim wolnym wyborem. Pamiętam jak w seminaryjnej kaplicy składałem przyrzeczenie celibatu z jakąś wewnętrzną niezgodą ale za to naciskiem na słowa “z Bożą pomocą”. Może jakoś Bóg pomoże… W czerwcu 1995 wstąpiłem w związek małżeński z Anią. W przyszłym roku, jeśli Bóg pozwoli będziemy obchodzić srebrne wesele. Anię znałem właściwie od samego początku mojej posługi na parafii. Wtedy była częścią grupy oazowej, potem zaczęła uczęszczać na odnowę charyzmatyczną a w końcu na rok przed moim nawróceniem zniknęła z parafii i dołączyła do miejscowego zboru zielonoświątkowego. Nawet dokładnie nie wiem, kiedy zaczęło się między nami coś głębszego. Kiedy byłem zdecydowany na odejście z kościoła uświadomiłem sobie jak bliską jest mi osobą. Zebrałem się na odwagę, by z nią o tym porozmawiać. Nie było to łatwe, bo nie miałem jej wtedy nic do zaoferowania oprócz uczucia i przekonania, że chcę nadal żyć dla Boga. Wtedy przyszłość jawiła mi się jako jedna wielka niewiadoma. Liczyłem się z każdą możliwą jej odpowiedzią. Patrząc z dzisiejszej perspektywy to było szalone. Poprosiłem ją o wszystko nie mając w zamian nic, jedynie wiarę, że Bóg jakoś to poprowadzi. A jednak Ania zgodziła się. Tak się pięknie złożyło, że razem przyjęliśmy chrzest wodny w Legnicy. W czerwcu pobraliśmy się. Po 24 latach małżeństwa, uważam że po nawróceniu to była moja najlepsza życiowa decyzja. Jestem Bogu i Ani wdzięczny za jej „tak”. Doczekaliśmy się trójki dzieci. Dwóch chłopców i dziewczynki. Właściwie dwoje z nich to dziś dorosłe osoby. Najmłodszy wkracza w 10 rok życia.

Tak więc zamieszkaliśmy w Chrześcijańskim Ośrodku dla Uzależnionych w Janowicach Wielkich. Przez sześć lat służyłem w nim jako wychowawca a w janowickim Zborze pełniłem służbę kaznodziei i Starszego Zboru. W szóstym roku pobytu w Janowicach Bóg otworzył nam drogę do samodzielnej pastorskiej służby w Kościele.

Od 18 lat jestem pastorem Zboru Kościoła Zielonoświątkowego. Nie zawsze były to łatwe lata służby ale za to szczęśliwe, bo prowadzone w oparciu o Boże Słowo i w zgodzie z nim. W tym czasie miało miejsce wiele cudów zaopatrzenia i różnych prób życiowych. Pan przez cały czas nas prowadzi, chroni i zabezpiecza nasze życie. On zawsze jest wierny. Jestem Mu niezmiernie wdzięczny za nowe życie; dziękuję Mu za moją żonę i dzieci. Jestem Mu wdzięczny za ludzi, których kocham, których poznałem i którym mogę służyć, modlić się o nich i błogosławić im. Czynię to z radością!

Chcę więc zaświadczyć, że w Jezusie i dzięki Niemu czuję się spełnionym człowiekiem! Wiem też, że pewnego dnia spotkam się z Nim, aby być już na zawsze razem z moim Jezusem.

Pozdrawiam Cię serdecznie. Darek.